Song to song

City of drugs

Malick kolejny raz zabiera nas do krainy subtelnie wyważonych, eterycznych ujęć, śpiewa balladę o życiu, miłości, zagubieniu i szukaniu siebie. Uwodzi grą światła, detalami, dźwiękiem. A wszystko w scenerii showbiznesu, układów, asymetrycznych przyjaźni, promiskuityzmu i depresji. Sex, drugs and rock’n’roll, ale jednak w bardzo poetyckim, malickowym wydaniu. Diagnoza całego obrazu jest oczywista: showbiznes jest zły, niszczy wszystkich, bez wyjątku.

“Song to song” to przede wszystkim uczta dla oka i ucha. Uczta nieoczywistych i dopracowanych kadrów, miękkich ujęć nastawionych na detale, gesty, zaklinających dotyk, to co jest między ludźmi najdelikatniejsze, co tkwi między słowami. Ale Malick w poetyckie ujęcia ubiera także brutalny seks i wciąganie białych kresek, co z jednej strony nuży i osłabia dynamikę obrazu, z drugiej konsekwentnie oddaje hołd formie. 100% Malicka w Malicku.

Dopełnieniem doskonałych ujęć jest wysmakowana muzyka. Znajdziemy tu zarówno takich wykonawców, jak Die Antwoord, Iggy Pop, Patti Smith czy Lykke Li ścierających się z  klasycznymi utworami, w tym dziełami polskich kompozytorów – Preisnera i Kilara.

Obraz bezustannie przeplata się z muzyką tworząc integralną całość, a film wygląda jak muzyczny klip. Malick ucieka od tradycyjnej narracji, zastępując ją wycinkami przeżyć, poszarpanymi scenami. Bohaterowie poruszają się bezwiednie, jak latawce na wietrze, ich ruchy wyglądają jak z pogranicza pantomimy. Uzupełnieniem delikatnych kadrów są monologi wewnętrzne wypowiadane z offu, często patetycznie śmieszne, czasem życiowe, niekiedy zupełnie niepotrzebne. Fabularnie nie ma tu nic nowego – zagubione we współczesnym świecie dusze, miłosne trójkąty, zdrady, rozstania i powroty, toksyczne relacje, szukanie szczęścia – wszystko w wydaniu chłodnym, wręcz mechanicznym, pozbawionym żaru. Nie jest to egzystencjalna podróż na miarę “Drzewa życia” – nie wyrywa serca, nie burzy spokoju myśli.

Aktorzy stanowią w gruncie rzeczy tło, nie oni są istotą filmu. Mimo że Fassbender i Gosling grają genialnie, mogłoby ich nie być, a Malick filmowałby poruszane wiatrem gałęzie drzew. Blanchett, Hunter czy Kilmer zbierają okruszki z aktorskiej podłogi, a Mara i Portman tkwią w stereotypowych rolach kobiet, które bez mężczyzn byłby nikim i dla których kariera przez łóżko jest drogą najbardziej oczywistą z możliwych.

Wysublimowana forma, jaką posługuje się reżyser sprawia, że całość przypomina bardziej eksperyment audiowizualny niż typowy wytwór kinematograficzny i obawiam się, spora część widowni nie doceni tego, co w tym filmie jest naprawdę dobre. Koniec końców Song to song jest filmem o szukaniu sensu w życiu, miłości do pasji i do drugiego człowieka, zasłoniętych manieryczną przykrywką formalnych zabiegów.

Blog at WordPress.com.

Up ↑

%d bloggers like this: